elrond pisze:
..na TCM leci właśnie Bonnie and Clyde ....super babka ( Faye Dunaway) super film
ps. jak będę dorosły to też zostanę bandytą
hehe
Peregrin Took pisze:
Reżyser "Godzin" reżyserował "Revolutionary Road".
kurde.. a nie reżyser American Beauty?

to mi też się wszystko pokiełbasiło.
Tymczasem spoilerów do Revolutionary Road ciąg dalszy.
KoT pisze:
rzecz jednak w postawie April...
o nie nie nie nie chwileczkę! bardzo przepraszam, ale to ON zdradził, a ONA pierwsza wyciągnęła rękę, ona przypomniała sobie, kim dla siebie są, i bez tego jej otwarcia się, bez schowania swojego "ja" całkowicie do kieszeni i jakże odważnego stanięcia wbrew utrwalonym przez nijakie lata przyzwyczajeniom - niczego by nie było.
Kiedy na spacerze w lesie ten niby wariat mówi Leonardowi, że "fajna ta twoja dziewczyna", to wręcz nie mógłbym bardziej się z nim zgodzić (i to wcale nie dlatego, żę to Kate Winslet

). Oczywiście - potem to ona bardziej zawiniła, że się sypnęło, to ona nie wytrzymała, nie umiała zmienić czegoś w swoim myśleniu, może zabrakło jej jakiegoś punktu podparcia, korzenia. Ale to potem.
Najpierw wszystko dobre, co się stało, wynikło z jej ruchu i dlatego Twoje słowa, KoCie, wydają mi się głęboko niesprawiedliwe!
Z kolei:
KoT pisze:
skąd miałoby się brać to szczęście... rzecz w tym, że ten film jest o gonitwie za ułudą szczęścia... skoro nie było im dobrze ze sobą tu i teraz to dlaczego miałoby być im dobrze potem tam...
ale jak to?! przecież przez te miesiące naprawdę byli szczęśliwi! jaka to ułuda? to tak, jakbyś powiedział, że szczęście okresu narzeczeństwa to ułuda, bo dopiero potem jest prawda, jak trzeba prać skarpetki.
Ich czas po decyzji jechania do Paryża był jak powrót do narzeczeństwa, oni się na powrót w sobie zakochali, a takie zakochanie się osób, które mają już wiele za sobą, i to niedobrego, to nawet wydaje mi się o wiele głębsze, niż to pierwsze narzeczeństwo! To było bardzo autentyczne szczęście, które stało się ich udziałem.
Kłopot wziął się z tych brudnych skarpetek, że tak powiem: jeżeli ludzie po błogim narzeczeństwie myślą, że do końca życia tak będzie, i zapierają się nogami i rękami, żeby było, to zapewne wyjdzie z tego jakieś nic... a oni (i tu rzeczywiście widzę jej "winę") uchwycili się pomysłu z Paryżem, jak tej sielanki narzeczeńskiej, i chcieli żeby to trwało niezmiennie na zawsze... takie faustowskie zatrzymanie chwili.... to się nie da - i to pogrzebało April, bo ona najbardziej nie chciała zobaczyć, że to utrudnienie, które wydawało się kłaść im kłodą pod nogi, że je też można przekuć na szczęście, jak wszystko.
Tu więc zgadzam się z Tobą, że:
KoT pisze:
to szczęście było w zasięgu ręku nawet tu i teraz... tylko trzeba było to dostrzec...
Oczywiście - bo istotą ich szczęścia nie było to, czy mieszkali w Paryżu, czy w Ameryce, a nawet to, czy Leonardo będzie pracował w takim miejscu czy innym, tylko to, że
przypomnieli sobie, że się kochają i są dla siebie nawzajem centrum świata. Centrum ich świata było tam, gdzie oni byli, a nie w Paryżu czy na Revolutionary Road - i to wydaje mi się w ogóle najbardziej uniwersalną prawdą wypowiedzianą w tym filmie.
Przy okazji gwoli ścisłości chcę zaprotestować, że:
KoT pisze:
Frank dostał wreszcie super robotę, która była dla niego ciekawa (czyli to czego chciał, to w imię czego mieli wyjechać do Paryża)
jak tak, skoro nie! przecież dostał właśnie beznadziejną robotę od tego buca, z którego wcześniej tak fajnie się śmiał! dostał tylko o wiele lepiej płatną robotę, którą zapewne mógł przyjąć i traktować jako środek utrzymania rodziny, podczas gdy celem pozostała by rodzina, tak jak miało to być w Paryżu. Może byłoby mu trudniej (przypuszczalny brak czasu), ale jak by się uparł, to by się udało. Jak pisałem wcześniej - istota rzeczy nie leżała w tym, jaką pracę będzie miał (i tego niestety nie zrozumiała do końca April).
Chociaż mi o wiele bardziej podobało się - jako potencjalny ciąg dalszy ich losu - zdanie wypowiedziane przez tego niby wariata, że "przecież w Europie ludzie też rodzą dzieci", i jak Leonardo powiedział mądralowym głosem, że "it's not advisable, żeby mieć dzieci, jak się nie ma na to środków", to miałem ochotę mu jebnąć w ryj. April była głupia, że nie umiała dostrzec, gdzie tkwi ich szczęście, ale on dał się tak na powrót skisić przez "głos rozsądku", że żal mi dupę ścisnął
Wydaje mi się - podsumowując - że:
- to, co Frank i April osiągnęli po decyzji o Paryżu było jak najbardziej autentycznym szczęściem
- mogli to szczęście utrzymać za cenę cięższej harówki (czyli gdyby Frank przyjął intratną popozycję i by zostali)
- mogli to szczęście utrzymać za cenę znacznego obniżenia standardu życia (gdyby jednak wyjechali)
- przegrali, bo ... oboje się przestraszyli i na powrót odwrócili od siebie. Banalnie to brzmi, ale chyba właśnie strach ich pogrążył.
Strasznie to smutny film, ale słusznie bardzo zauważyliście, że zupełnie nie ma tego placozbawicielowego wydźwięku, że wszystko się spaprało, bo musiało. Dla mnie nieocenione jest właśnie to ich ponowne
zauważenie się po latach.