Kamik niegdyś pisze:
POCAŁUNEK MONGOLSKIEGO KSIĘCIA zawsze (oczywiście od kiedy takie porównywanie stało się możliwe) wydawał mi się bezsprzecznie gorszy od ULTIMA THULE. Przy porównywaniu z CZASEM I BYTEM miałem już większe problemy, bo to jednak odległe pozycje, niemniej uznawałem w końcu wyższość genialnej składanki-odgrzewanki.
Największy problem miałem przy porównywaniu z DROGĄ. Bo z jednej strony obróbka dźwięku o ile lepsza na POCAŁUNKU MONGOLSKIEGO KSIĘCIA! W porównaniu z DROGĄ płyta brzmi po prostu właściwie. Może trochę zbyt przewidywalnie i bez fajerwerków, ale naprawdę różnica klas. Sporo ciekawych pomysłów aranżacyjnych, które znów dopełniają a nie rozpraszają. I gra Beaty wreszcie nie irytuje, ale naprawdę zadowala, a do tego pojawia się czad nie dość że poważny, to jeszcze przejrzysty, niemal zwiewny.
Z drugiej jednak strony, kolaż nastrojów tym razem operuje zbyt dużymi kontrastami. Taka żonglerka na DRODZE, owszem, dziwiła, ale można się było przyzwyczaić; na TAŃCU SZKIELETÓW sprawdziła się wybitnie, a na POCAŁUNKU... zawiodła. W dodatku całość wydaje się jednak nieco wtórna względem DROGI i pojawiają się po raz pierwszy (jeśli nie liczyć okresu sprzed LEGENDY) i jak dotąd jedyny słabe numery... I teksty najrzadziej w historii zespołu korespondujące z tym co w mojej głowie i sercu...
W końcu doszedłem do wniosku, że o ocenie tej płyty musi zadecydować jednak ta druga strona.
A później pisze:
ja tam bym pomieszał DROGĘ (o której też powinienem chyba coś więcej napisać...) z POCAŁUNKIEM MONGOLSKIEGO KSIĘCIA i ułożył (po pewnych zmianach aranżacyjnych) jedną wyśmienitą płytę Armii i jedną wyśmienitą płytę Budzego Solo (coś by jednak na pewno wyleciało w nicość...). Na szczęście, leży to poza moimi kompetencjami.
Z tego mieszania na razie nic nie wyszło - jak dotąd nie udało mi się zabrać za porządne przemyślenie takiego czynu. Za to od jakiegoś czasu mam ochotę na napisanie paruset (może nawet wyjdzie tych setek kilkanaście) słów o
DRODZE.
DROGI słucham raczej rzadko. Dziwna sprawa z tą płytą. Nigdy nie udało mi się tak ostatecznie wypracować jakiegoś jednoznacznego zdania na jej temat (no, w sumie zrobiła to kiedyś za mnie Malina mówiąc, że:
dobre tam są piosenki. Zapadło mi to zdanie głęboko w pamięć). Uczucia mam całkowicie mieszane.
I jakiś czas temu porównywałem DROGĘ i ULTIMA THULE. Generalnie przeczuwałem remis (znowu) ze wskazaniem na tę drugą pozycję (jednak to album dużo poważniejszy, dużo bardziej bezkompromisowy), gdy w czasie słuchania bohaterki dzisiejszego wpisu, dotarło do mnie, że ta płyta ma w sobie jednak niezwykły czar, że w wielu miejscach (to dosyć szczególne dla tej płyty, ta jej genialność dyskretna (tu wykorzystuję głównie matematyczne znaczenie tego słowa, ale nie tylko), a nie ciągła) poukrywane są takie rozbłyski, takie drżenia serca, mające posmak wspomnień z jakiejś genialnej słonecznej przeszłości (dzieciństwa) i takiej przyszłości (wiecznej). To tak, jakby słuchanie DROGI wyciągało ze mnie kolory... i zapach wakacji... w czerwonej wkładce jest zdjęcie parowozu, dzięki któremu ta płyta kojarzy mi się bardzo z takim pustym peronem (nawet bardzo konkretnym), wzdłuż którego rosną topole. I można jechać wszędzie, ale można też siedzieć w słońcu i tylko patrzeć na biegnące dokądś tory... To DROGI niezaprzeczalna wartość i wiem dziś, że ULTIMA THULE jest jednak dla mnie albumem gorszym.
A jednak na pytanie
Gera o największe rozczarowanie związane z Armią, od razu odpowiedziałem: DROGA. Po DUCHU to był jednak lekki szok. Ten spadek spod firmamentów, tuż nad ziemię - podwórko upstrzone wyblakłymi nieco fotografiami, zabawkami z innej epoki, kwiatkami, dziecięcą słabością, a jednocześnie - codziennie wydeptywany chodnik... Gdybym miał w tym 1999, przed nie znającym Armii kolegą pochwalić się, jakiej to super genialnej muzyki słucham, to bez wahania włączyłbym którąś z wcześniejszych płyt (nawet pierwszą), ale wstydziłbym się puścić DROGĘ... to takie mało męskie, lekki uśmieszek zażenowania... słuchać i może nawet wzruszać się samemu - tak, ale przyznawać się do tego przed kumplami?... W dodatku to żonglowanie konwencjami. Armia to nie Voo Voo i ta mieszanka stylów jakoś się nie chce tak do końca ukłożyć w przekonującą całość.
Wielką ułomnością tej płyty jest też niestety brak Stopy. Tak, jak pisałem: na POCAŁUNKU MONGOLSKIEGO KSIĘCIA tego nie słychać (tzn. oczywiście słychać, że to nie Stopa gra, ale jego brak nie jest jakoś szczególnie odczuwalny), na DRODZE niestety bardzo...
Kolejny mój zarzut, to brzmienie/produkcja. Pomysły na aranżacje są często kapitalne, i ta ilość instrumentów cieszy. Tylko co z tego, skoro to wszystko się tym razem rozłazi?... Każdy instrument gra jakby trochę osobno, a już przeszkadzajki chwilami zupełnie przeszkadzają... I coś jest nie tak z gitarą Popkorna. Niby znowu oszałamia pomysłami, niespodziewanymi rozwiązaniami, dźwiękami dorzuconymi tam, gdzie nikt inny by o tym nawet nie pomyślał, a jednak nie chce to brzmieć tak, jak na DUCHU... Pamiętam, że jakiś czas po wydaniu płyty Budzy narzekał na skomputeryzowanie procesu produkcji. Może to o to chodzi?... nie wiem. Nie znam się w sumie.
I co? I mam na ogół dylemat. Na ogół, ale nie dziś. Dziś mam ochotę na wszystko, co w DRODZE najlepsze.
Dom przy Moście - najbardziej DUCHowy kawałek poza DUCHEM, chyba najbardziej podniosły na płycie, cieszący się powszechnym uznaniem i w dodatku genialnie wypadający na koncertach (szczególnie mnie to uderzyło w Punkcie). Niesamowite pociągnięcia gitary na różnych planach (jaka niepokojąca tęsknota!) i kapitalne zwieńczenie biało-czarnymi klawiszami (choć samo jakby w kolorze czerwonym)... a jednak we mnie pozostawia jakiś lekki niedosyt. Przyznaję mu trzecie miejsce, ale dopiero po zastanowieniu.
Zło jest złe - bardzo mocne słowa.
W Krainie Smoków - tu problem... największą wartość tego utworu tkwi co prawda w niesamowitych wyczynach Popkorna, ale jednak wolałbym ten tekst obudować muzyką w konwencji TAŃCA SZKIELETÓW. Do Armii mi on jednak nie przystaje... Poza tym, mimo kilku bardzo fajnych momentów, napięcie w utworze bardzo szybko siada i jakoś tak chce się już tylko doczekać do końca... przeszkadzajki irytująco
odrębne, no po prostu słychać, że zostały
wstawione, a nie, że tam jest ich miejsce... piosenka ta zamyka u mnie stawkę...
Jestem Smutny - bardzo lubię!!! I ten tekst! Świetne! Tylko trochę za mało w tym kawałku charakteru. I trochę taki błahy się zdaje. Zdecydowanie niedowartościowana piosenka. Gdzieś w okolicach piątego miejsca. Ile radości i nadziei daje ten
Smutek!
Wspaniała Nowina - najbardziej
szkieletowaty kawałek na płycie, a jednak wcale nie musiałbym go stąd wyrzucać. Spokojnie mógłbym go pozostawić obok tych kilku dostojnych fragmentów płyty. Muzycznie zdecydowanie najlepszy na płycie i w ogóle jeden z ulubionych spośród armijnych dokonań. Tekst też z tych najwyśmienitszych, a jednak jest tu jeden jeszcze lepszy i dlatego muszę tej niezwykle urokliwej perełce przyznać dopiero drugie miejsce (acz strata minimalna (lider, oprócz tekstu, góruje również nastrojem)). Zakochałem się w niej od razu...
Adwent - hmmm... trochę problem mam... niby taki dobry kawałek, a jednak czegoś brakuje... zupełnie mi się tu perkusja nie podoba. Niby wszytko O.K. a jednak jakoś przeszkadza... Tekst piękny i jedna z najgenialniejszych końcówek w historii zespołu (choć lepiej wypada to za drugim razem, a najlepiej - za trzecim - po "Kfincie"), a jednak dopiero miejsce dziesiąte. Nie chce ta piosenka iść do przodu, jakoś się garbi i powłóczy nogami... szczerze mi jej szkoda...
Buraki, Kapusta i Sól - no hit, wiadomo. Punko-folko, czy jakoś tak, w każdym razie sporo fajnych rzeczy tu się dzieje, porywa i trochę tęsknoty użycza, a jednak znów mi czegoś brak... może ciut zbyt przebojowo?... nie wiem. Może po prostu jest tu kilka lepszych piosenek i stąd to siódme miejsce?... fajny flecik pod koniec!
Radio NRD - bardzo fajny kawałek z kapitalnym wygasaniem. I tekst mi kiedyś bardzo pomógł podnieść się po upadku. Niestety "Radio NRD" mi się swego czasu straszliwie jako singielek w Radiostacji przejadło... tu już zdecydowanie zbyt przebojowo, jak na Armię. Miejsce dziewiąte.
Kfinto - tu powinno być miejsce trzecie, a jest dopiero czwarte. Coś jest nie tak z kolorami tej piosenki. Zdaje mi się brunatnozielona, a powinna być błękitno-zielona z dużą ilością światła... może coś z basem i stopą?... nie wiem... czegoś malutkiego brakuje, żeby wyprzedzić "Dom przy Moście". A szkoda. Tekst! Jaki tekst!
Dzwoni wysoko struna krwi / a nisko struna ciała...
Nino Łeno - tu daję szóste, ale przyznam szczerze, że trochę na kredyt, bo powinno być wyżej a nie może i czystym sercem można by zepchnąć niżej… Otóż, dobija mnie ta, zupełnie niepotrzebna, metalizowana dygresja (to się
bridge nazywa?), choć powrót z niej pyszny... W sumie idealny kawałek na wyimaginowanego bliźniaka TAŃCA SZKIELETÓW. Końcówka ze steeldrumem WSPANIAŁA. I jaki tekst...
jak pusty pociąg w lecie mija dzień za dniem... ooo!!!... To jedna z absolutnie najpiękniejszych linijek Budzego!
Najduchy i Ćmy - kolejny mocno niedoceniony kawałek. A lubię. Tyle że wkradła się tu jakaś nijakość lekka i jeszcze lżejsza męczącość. Piszę to trochę wbrew sobie, bo zupełnie się nie zgadzam z mieszaniem z błotem tego utworu przez sporą część fanów. Trzeba jednak przyznać, że generalnie ma ta piosenka tendencję do przelatywania przez uszy nie zostawiając śladu... Ósme.
Parowóz Numer Osiem - posłużę się cytatem z dnia 21.01.2005 (czyli drugiego dnia mojej oficjalnej obecności na Forum):
Kamik pisze:
O DRODZE to na razie może tylko tyle, że znajduje się na niej chyba najpiękniejszy utwór Armii.
Muzycznie jest świetny, ale w dorobku tego zespołu znaleźć można kilka znacznie lepszych utworów. O sile tej piosenki, stanowią nastrój (to dopiero tęsknota!) i, nade wszystko, tekst! To po prostu błysk geniuszu (niczego nie ujmując innym tekstom Budzego). Piorunujący pomost między DUCHEM i TAŃCEM SZKIELETÓW (sorry za emfazę).
Dal tych, którzy się jeszcze nie domyślili: "Parowóz nr 8"!!!
Pierwsze.
Jezus Chrystus Jest Panem - bardzo mi żal tego kawałka. Słyszałem go na koncercie zimą 1997/98 i mnie wtedy powalił... i nawet zostało na płycie sporo z tej mocy, ale tylko w części. Niestety fragment z cytatem ze św. Pawła (oj, nie pamiętam z którego to Listu...) jest muzycznie bardzo słaby... właściwie to chodzi tu głównie o linię wokalu... zupełnie bez mocy... gdyby dać tu coś potężnego, bardziej
agresywnego, to mogłoby być COŚ!!!... a tak - dłużąca się
oaza... Wiele osób zarzuca też temu utworowi, że to nie Armia, a Tymoteusz, ale mi to akurat zupełnie nie przeszkadza. Taki był wtedy czas. W sumie daję przedostatnie - jedenaste. Zakończenie przepiękne.
Uff...